Press "Enter" to skip to content

Chodź, pomaluj mój świat

– Nasi podopieczni wiele opowiadali o czasie lockdownu, o strachu, jaki im towarzyszył każdego dnia. Bali się, że już nigdy nie będą mogli swobodnie chodzić po ulicy, że nie zobaczą swoich bliskich. Jednak najgorsza była myśl o umieraniu w samotności. Widać, że brakuje im kontaktu z drugim człowiekiem, jak wielka jest w nich potrzeba rozmowy, akceptacji środowiska. Nasza placówka jest po to, by pomóc zmieniać tę rzeczywistość na bardziej kolorową – mówi Magdalena Lewandowska Kieruj, kierownik Dziennego Domu Pobytu „Senior+” w Rypinie.

Pandemia koronawirusa wywróciła nasze życie do góry nogami. W szczególnie trudnej sytuacji znaleźli się seniorzy, najbardziej narażeni na powikłania i śmierć. Nic dziwnego, że pojawiło się mnóstwo obaw o jutro. Wszyscy jednak tęsknimy za normalnością, za światem, który znaliśmy sprzed obostrzeń. I mimo niepewności, próbujemy wymyślać go od nowa, z pełną paletą kolorów. Kreślą go także podopieczni rypińskiego Dziennego Domu Pobytu „Senior+”. Przy jego urządzaniu w ogóle nie używają ciemnych odcieni. Parafrazując słowa piosenki 2 plus 1: na niebie staje tęcza, malowana ich kredką. Tu po prostu jest nadzieja. I radość ze wspólnego spędzania czasu.

To człowiek tworzy metamorfozy

To pierwsza tego typu placówka w powiecie rypińskim. Oficjalne otwarto ją 20 sierpnia 2021 roku. Na rozbudowę̨, dostosowanie do użytku, zakup samochodu oraz samo funkcjonowanie ośrodka nasz samorząd pozyskał 1,7 mln zł z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Kujawsko-Pomorskiego i dodatkowo 300 tys. zł z rządowego projektu „Senior+”.

– Jeszcze niedawno znajdowała się tu nieużywana stajnia w rozpadzie – powiedział podczas inauguracji Jarosław Sochacki, starosta rypiński. – Teraz to zupełnie inny świat. W ciągu kilku miesięcy totalnie odmieniliśmy ten budynek. Zbudowaliśmy centrum aktywnego życia seniora. Chcieliśmy stworzyć miejsce, w którym nasze babcie, mamy, nasi dziadkowie i ojcowie będą mogli cieszyć się każdym dniem. To była ważna i potrzebna inwestycja dla powiatu rypińskiego i jego mieszkańców. Wszystko z myślą o was, drodzy seniorzy. Teraz razem tworzycie ten dom.

– Starsi ludzie coraz częściej żyją w osamotnieniu. Dom Dziennego Pobytu daje nadzieję na zmianę tej sytuacji. Takie ośrodki to konieczność, potrzeba współczesnych czasów – dodał Zbigniew Sosnowski, wicemarszałek województwa Kujawsko-Pomorskiego.

Wizytówką placówki są różnego rodzaju warsztaty. Prowadzą je specjaliści, którzy pomagają podopiecznym radzić sobie z trudami codzienności. Na seniorów z naszego powiatu czekają m.in.: zajęcia plastyczne, muzyczne oraz poprawiające zdolności manualne. Dostępne są także sale rehabilitacyjne, czytelnia i pokoje użytkowe. Inicjatywa kierowana jest również do niepełnosprawnych. Z oferty może skorzystać 39 osób. 

– Przede wszystkim zależy nam na tym, by seniorzy „wyszli” do społeczeństwa – mówi Magdalena Lewandowska-Kieruj, kierownik Dziennego Domu Pobytu „Senior+” w Rypinie. –Marzy mi się impreza cykliczna w postaci Senioriady, przeglądu piosenki czy przeglądu teatralnego. Większość seniorów z kulturą styka się tylko w domach – kiedy patrzą w telewizor lub słuchają radia. Są tacy, którym brakuje nawet tej formy, bo oszczędzają. Wolą włączyć lodówkę, by jej zawartość się nie popsuła, niż wydać pieniądze na prąd do TV. Często nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo niektórzy przeliczają każdy grosz; tak, by starczyło na cały miesiąc. Dlatego najważniejszym celem jest zebranie jak najwięcej uczestników zajęć.

Dni, których jeszcze nie znamy

O to zainteresowanie pani kierownik nie musi się martwić. Placówka już działa na pełnych obrotach. Każdy dzień jest nowym wyzwaniem. A przy okazji szczęściem, którego nie można wymierzyć żadną statystyką.  

– Seniorzy przybywają do Domu już od godz. 7:30 – opowiada Lewandowska-Kieruj. – Mamy osoby dojeżdżające własnymi samochodami i takie, które dowozimy firmowym autem. Zjeżdżamy się do 8:30. Podopieczni mają wtedy czas na dyskusje, czytanie prasy. W międzyczasie prowadzona jest indywidualna terapia zajęciowa oraz rozmowy w kole. To bardzo ważny punkt naszego dnia, tu najwięcej dowiadujemy się o uczestnikach: jaki mają nastrój, jak się czują czy mają problem. Od godz. 9 do 9:30 organizujemy śniadanie. Trzeba po nie pojechać. Kierowcy towarzyszy opiekun i od niedawna senior, a nawet dwóch. Dlaczego? Jakiś czas temu w placówce organizowaliśmy konkurs „Familiady”. Zwycięska drużyna w prezencie otrzymała wycieczkę – właśnie po śniadanie. To się spodobało seniorom, na tyle, że teraz mają dyżury z opiekunem. Zwykła rzecz otrzymała prawie taką rangę, jak złoty medal na mistrzostwach świata. Od godz. 9:30 do 11:30 prowadzone są ćwiczenia rehabilitacyjne. Cieszą się dużym zainteresowaniem. Można powiedzieć, że nawet pracownia jest oblegana. Ale nie ma się co dziwić. Niektórzy tak długo czekają na swoje miejsce na oddziale rehabilitacyjnym, czy nawet najzwyklejsze ćwiczenia w gabinetach, że dla nich to wybawienie. Zresztą, już widać pierwsze rezultaty. Sami seniorzy o nich mówią. O tej samej godzinie, co rehabilitacja, zaczynają się zajęcia terapeutyczne. Przeważnie to prace grupowe z elementami rywalizacji. Zajęcia są różnorodne – począwszy od plastycznych, podtrzymujących sprawność fizyczną rąk, kończąc na związanych z ćwiczeniem pamięci. Korzystamy z pięknej pogody i organizujemy ćwiczenia, gry i zabawy na świeżym powietrzu. Każdy znajdzie coś dla siebie. O godz. 11:15 przerwa na kawę i herbatę. Przez półgodziny seniorzy mogą odpocząć, porozmawiać, pożartować. Widzimy, że bardzo lubią spędzać ze sobą czas. Do godz. 13 kontynuacja zajęć i rozpoczynamy obiad. Seniorki już w drugim dniu funkcjonowania placówki same ustaliły dyżury na cały miesiąc i pomagają nam przy tych posiłkach. Roznoszą talerze, dbają o sztućce przy każdym nakryciu. Panowie też są pracowici. Tych bardziej leniwych motywujemy miłym uśmiechem, ciepłym słowem, żartem. Póki co z dobrym skutkiem. Oby tak dalej! Po obiedzie zajęcia relaksacyjne. Są bardzo potrzebne, ponieważ senior po aktywnym dniu potrzebuje chwili dla siebie. Czasami wśród rówieśników, a czasami w oddzielnym pomieszczeniu. Ma do dyspozycji czytelnię, gdzie siedzi w samotności i czyta prasę albo odpoczywa na kanapie w pokoju dziennym. Gdy mu zimno, może się położyć, nakryć kocem. Jest otoczony opieką, zainteresowaniem. Widzimy, że wszyscy czują się bezpiecznie. Od 14:30 seniorzy rozjeżdżają się do domów, a my ze sprzątaczką ogarniamy pomieszczenia.

Samotność to taka straszna trwoga

Poczucie bezpieczeństwa jest nie do przecenienia, zwłaszcza dziś, gdy żyjemy jak na bombie, w ciągłym poczuciu zagrożenia. Dzienny Dom Pobytu stał się dla seniorów swoistym azylem i antidotum na izolację. Doskonale wypełnia pustkę, którą pogłębiła pandemia.

– Samotność przed pandemią była „tylko” samotnością dla starszych osób – mówi kierowniczka. – To taki stan, gdzie są sami w domu, nikt się do nich nie odzywa. Chyba, że włączą telewizor lub radio. Tak, wtedy mogą mówić do szklanego ekranu, bez możliwości usłyszenia odpowiedzi. Samotność jest wtedy chwilowa, bo mają alternatywę. Mogą wyjść z czterech ścian do ludzi; na zewnątrz. Czasem zwykłe „dzień dobry” do znajomej twarzy jest jak długa rozmowa. To może ich zaspokoić na chwilę i pozwolić na dalszą wegetację. Bez obecności drugiego człowieka nie jesteśmy przecież w stanie normalnie funkcjonować. Powrót do pustego domu, w którym panuje głucha cisza, gdzie słychać nawet bzyczenie komara, nie napawa optymizmem. Samotność wśród seniorów często spowodowana jest odejściem jednego z małżonków. Nagle jedno z nich zostaje samo, w domu pełnym wspomnień. W domu, w którym na każdym kroku widzisz ukochaną osobę, jak ściera kurze, myje naczynia czy prasuje twoją ulubioną koszulę. To mimo wszystko była izolacja z możliwością wyjścia do drugiego człowieka. Aż nagle pojawiła się pandemia. Nie mamy pojęcia, co się dzieje, co będzie za chwilę. Tym bardziej seniorzy, którzy są w grupie największego ryzyka, gdzie śmierć przychodzi nieoczekiwanie. Nasi podopieczni wiele opowiadali o czasie lockdownu, o strachu jaki im towarzyszył każdego dnia. Bali się, że już nigdy nie będą mogli swobodnie chodzić po ulicy, że nie zobaczą swoich bliskich. Jednak najgorsza była myśl o umieraniu w samotności. Przerażała ich świadomość, że nie pożegnają się z rodziną, że nikt ich nie znajdzie. Każdy zgodnie powtarza, że czas poluzowania obostrzeń to dla nich ponowne narodziny. Widać, że boją się samotności. Widać, że brakuje im kontaktu z drugim człowiekiem, wreszcie widać, jak wielka w nich potrzeba rozmowy, akceptacji środowiska. Gdy przychodzą złożyć deklarację uczestnictwa w zajęciach, wizyta trwa dłuższą chwilę. W ciągu kilkunastu minut znamy już całą rodzinę seniora, wiemy, na co choruje, gdzie mieszka, jak się potoczyło jego życie. To też świadczy o tym, że w domu nie ma z kim zamienić słowa i gdy w końcu jest słuchacz, odrobina zainteresowania….  po prostu płynie morze informacji. Seniorzy, mieszkający ze swoimi rodzinami, również mówią o izolacji. Nie chodzi tu, broń Boże, o formę odrzucenia…. tylko każdy ma swoje zajęcia, obowiązki i gdzieś w natłoku tego wszystkiego nie ma czasu dla najstarszych. To przykre, zdaję sobie z tego sprawę. Ale obecne czasy doprowadziły do tego, że jest jak jest. Bieg za pieniądzem, za pracą oddala ludzi od siebie.

Tu jest nasze miejsce, tu jest nasz dom

Pan Ryszard jest jednym z młodszych seniorów w Dziennym Domu Pobytu. Od owego miejsca dzieli go 6 km. Podopieczny dojeżdża motorkiem. To mądry, ciepły człowiek. Ma dużą wiedzę o otaczającym nas świecie. Na co dzień opiekuje się żoną, która prawie nie słyszy. Małżeństwu na miesiąc musi wystarczyć 740 zł, które dostają z gminy. W miarę możliwości pomaga im syn. Jednak i on ma swoją rodzinę i nie zarabia zbyt wiele. Czasami wykupi rodzicom prąd lub jedzenie. Liczą każdy grosz.

– Na początku podszedłem sceptycznie do udziału w tych zajęciach – opowiada pan Ryszard. – Nie wiedziałem, co można tam robić, czy spotkam fajnych ludzi, czy dam radę się z nimi porozumieć. Od dawna nigdzie nie byłem. Cały czas w domu, opieka nad żoną. Zamartwianie się, czy będziemy mieli jutro co jeść. Pomyślałem, że spróbuję. Najpierw zależało mi na śniadaniu i obiedzie, bo tu posiłki są darmowe. W ten sposób były jakieś oszczędności, gdyż żona gotowała tylko dla jednej osoby. Bardzo szybko zmieniłem zdanie. Z każdym dniem coraz bardziej ciągnęło mnie do Dziennego Domu Pobytu; nie tylko ze względu na pożywienie. W końcu mogłem wyjść do ludzi. W końcu nie musiałem krępować się tego, że nie mam tyle, co inni. Po raz pierwszy od długiego czasu nie czułem się gorszy. Wreszcie traktowano mnie jak równego sobie. W Dziennym Domu znalazłem serdeczność, ciepło, zrozumienie, akceptację nie tylko przez seniorów tam przebywających, ale również przez pracowników. Kadra jest naprawdę miła. Dbają o każdego z nas, pomagają w pracach, znajdują czas na rozmowę. Nieustannie dopytują, czy czegoś nie potrzebujemy. Personel i kierownik stworzyli atmosferę jak w prawdziwym, kochającym domu. Czujemy ją na każdym kroku. Widać to w uśmiech, rozmowie, w odpowiedzi na pytanie, w podawanym śniadaniu, w nalewanej przez personel zupie. Tu nikt nie czuje się gorszy. Wszyscy traktowani są tak samo: z szacunkiem. Uczestnictwo w zajęciach jest odskocznią od codzienności. Mogę żartować z innymi seniorami. Poprzez specjalnie układane dla nas zadania, ćwiczymy sprawność manualną, swoją pamięć, utrwalamy bogactwo słownictwa i płynność wypowiadania się. To jest nam bardzo potrzebne, tym bardziej w tym wieku, by nie było nam wstyd odezwać się, gdy ktoś o coś zapyta. Możemy również korzystać z sali rehabilitacyjnej, pod okiem profesjonalistki. Czuję się tu dobrze. Od jakiegoś czasu jest nas więcej, więc konieczny był podział na zespoły. Gdy jest inna grupa, ja muszę zostać w domu. Czekam cierpliwie na mój czas. Już się przyzwyczaiłem do bycia tam, bo do dobrego człowiek szybko się przyzwyczaja. Brakuje mi ich, gdy jestem u siebie. Po prostu tęsknię.

Pan Jan z kolei jest w ogóle najmłodszym uczestnikiem Dziennego Domu Pobytu. To senior o znacznym stopniu niepełnosprawności, po amputacji obu nóg powyżej kolan. Rozwodnik. Obecnie mieszka z mamą. Bardzo chciał zostać przyjęty do placówki. 

– Wiem, że przegrałem swoje życie – mówi wyraźnie poruszony. – Miałem to, co wszyscy: żonę, dzieci, rodzinę. Przegrałem wszystko przez własną głupotę. Została mi tylko mama. Potem zacząłem chorować na nogi. Słaby przepływ krwi i konieczna była amputacja… centymetr po centymetrze. W końcu trzeba było wybrać, co ważniejsze. A chciałem jeszcze żyć! Byłem szczęśliwy, gdy dowiedziałem się o Dziennym Domu Pobytu w Rypinie. Pragnąłem kontaktu z ludźmi; móc porozmawiać, napić się z kimś kawy, wyjść poza swoje cztery ściany, zobaczyć coś więcej, niż moją malutką wioskę. Na szczęście mnie przyjęli. Wszyscy są tu fajni. Nie patrzą na mnie jak na UFO, nie litują się nade mną. Traktują mnie po prostu… normalnie. Dla nich nie jestem kaleką, jestem Jankiem. Kadra jest przesympatyczna. Mogę na nich liczyć. Razem z nami uczestniczą w zajęciach, integrują się. Same zajęcia są różnorodne. Czasem dużo z nich śmiechu, czasem skłaniają do przemyśleń. Nie chcę tego zmieniać. Gdy muszę czekać na swój dzień, bardzo się niecierpliwię. Już czegoś brakuje. Tak, brakuje śmiechu pozostałych, ich życzliwości, żartów, tańców, muzyki. Tam jest atmosfera jak w prawdziwym domu. Wszyscy są dla siebie mili, dobrzy. Wiadomo, że czasem są jakieś zgrzyty między nami, seniorami, ale to jak w prawdziwej rodzinie. Nikt nie przywiązuje do tego większej wagi.

Spróbuj uczynić gest 

Nie wiadomo, jak długo potrwa pandemia. Z pewnością zmienia ona myślenie o życiu; również o naszym miejscu na świecie, uświadamiając, że jesteśmy tylko chwilą w czasie. Być może teraz więcej uwagi będziemy poświęcać regionalnym przedsięwzięciom – nie tylko w ramach solidarności, ale autentycznie zafascynowani ich potencjałem. I być może małe ośrodki – takie jak Dzienny Dom Pobytu „Senior+”– tchną w najstarszych członków rodzin drugie życie. Bo to one teraz są najbliżej ludzi i to między ich murami – w niełatwych warunkach – podtrzymywane są lokalne więzi. Czasem wystarczy mały gest, by człowiek poczuł się szczęśliwy. 

– Dom Dziennego Pobytu jest miejscem dla osób starszych, samotnych i chorych. Aktywizuje przez duże A – społecznie i indywidualnie. Pomaga zorganizować i wypełnić dzień osobom, które przestały pracować; zarówno tym, które wciąż rozpiera energia do działania, jak i tym, którzy tej energii szukają. Ośrodek, oprócz towarzystwa, zapewnia zajęcia z różnych dziedzin, a także podstawową opiekę medyczną. Okazuje się, że ludzie w starszym wieku są tak naprawdę zapomniani. Siedzą zamknięci w swoich domach, często zupełnie sami i samotni. Dzięki takim placówkom wzrasta integracja. Dajemy możliwości do tworzenia nowych relacji społecznych, poprzez organizowanie wzajemnej pomocy. Można tu budować więzi międzypokoleniowe, zapobiec rosnącej przepaści między seniorami a młodym pokoleniem. Dzienny Dom Pobytu kształtuje umiejętności w zakresie radzenia sobie z codziennymi kłopotami, w zakresie organizowania i zagospodarowania wolnego czasu z uwzględnieniem indywidualnych zainteresowań oraz umiejętności. To również zapobieganie wykluczeniu społecznemu, twórcze przeżywanie okresu starości, pogłębianie życia duchowego, dbałość o kondycję fizyczną i intelektualną poprzez rehabilitację ruchową i terapię zajęciową. Życie większości babć i dziadków nie jest łatwe. Borykają się oni bowiem z wieloma problemami, wiele sytuacji ich przerasta, nie radzą sobie ze wspominaną niejednokrotnie samotnością. Placówki, takie jak nasza, są po to, by pomóc zmieniać rzeczywistość seniora na bardziej kolorową, by pojawił się uśmiech, by wróciła nadzieja i wiara w to, że są nam jeszcze potrzebni – podsumowuje Magdalena Lewandowska-Kieruj.

MG, Foto nadesłane